Kartka z Podróży - bo świat jest piękny.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaża. Pokaż wszystkie posty

12 stycznia 2014

Jezioro Bajkał - Niebieskie oko Syberii

Wstęga drogi, na której kiedyś leżał asfalt wije się po horyzont. Pusto. Stepowy krajobraz urozmaicają jedynie stada krów, które czasem migną w oknie rozpędzonego busa. Butelki z piwem Mielnik wciśnięte pod moje siedzenie brzęczą za każdym razem, gdy auto pokonuje nierówności. Mimo to ukołysana i otoczona zewsząd gdzieniegdzie porośniętym lasami pustkowiem zapadam w drzemkę. Na Olchon (ros. Ольхон) docieramy jeszcze przed północą. My i jeszcze trzech młodych Rosjan. I pięć skrzynek piwa, tyle samo oranżady, trochę wódki...

Kolej Transsyberyjska - Jezioro Bajkał - Olchon
Krótki spacer po Olchonie może się ciągnąć w nieskończoność, a niczym niezmącona tafla wody wiedzie aż po horyzont.

15 maja 2013

7 dni na Teneryfie

Na wstępie

Czy jest takie miejsce w Europie, gdzie nawet zimą gorący piasek może przypiec nam stopy? Może się okazać, że w dobie małego zlodowacenia, o którym krzyczą po ostatnich majowych opadach śniegu tabloidy, już coraz mniej będzie takich miejsc. Jedno z nich z pewnością pozostanie i mam tutaj na myśli Teneryfę. Choć geograficznie leży w północnej Afryce, jest integralną częścią Hiszpanii i Unii Europejskiej. Błądząc w dzieciństwie palcem po globusie zawsze byłem zaintrygowany małymi wysepkami gdzieś na środku oceanu. "Ciekawe co tam może być?" - myślałem sobie. Teraz już wiem i pozwólcie, że dzień po dniu Wam o tym opowiem. A zaczęło się tak...


Powyżej cywilizacji droga prowadziła już w nieznane przez dzikie ostępy.

2 marca 2013

Banan to banan, Budva to Budva

Jest taki kraj, gdzie na przestrzeni dziejów spotkało się wiele kultur. Jedna wystrojona, z twarzą zakrytą maską karnawałową spierała się z kulturą noszącą na głowie misiurkę i dumnie opierającą na ramieniu janczarkę. W czasach wielkich zrywów kultura z czerwoną gwiazdą na czapce i pochodnią w ręku spoiła południowe narody słowiańskie. Jednak nigdy kultura władyków z kłobukiem na głowie nie ustąpiła z tego miejsca. Zapraszam na podróż ze mną po Czarnogórze.

Czarnogóra - Opuszczone domostwa
Dziki granat powoli dojrzewa w słońcu a wiatr gości w opuszczonych domostwach.

14 lutego 2013

Tajlandia, kraj złotego buddy


Wiedzieliśmy, że miejsce to cieszy się rosnącą popularnością wśród turystów i warto tam pojechać. Chyba dlatego, że biura podróży spłaszczały wizerunek tego państwa, jakoś nas tam specjalnie nie ciągnęło. Nasza przygoda z Tajlandią zaczęła się dość nietypowo. Pewnego zimowego popołudnia, gdzieś na dalekiej północy poznaliśmy niewysoką Azjatkę. Figlarna fryzura i barwny strój powiedział nam o tej dziewczynie więcej, niż ona sama zdołała wyrazić to werbalnie. To była Mimi. Energiczna i wesoła dziewczyna z Bangkoku. Dzięki niej powoli i sukcesywnie poznawaliśmy tajską kulturę i zwyczaje. Tajlandia w opowieściach Mimi spodobała nam się tak bardzo, że postanowiliśmy ją sami zobaczyć. I tak to się właśnie zaczęło...

Głowa Buddy z płatkami złota
Oblepianie głowy Buddy płatkami złota przez wiernych jest typowym obrządkiem w tej religii.



19 stycznia 2013

Bornholm - Wyspa synów wiatru północnego

Bohaterowie średniowiecznego germańskiego eposu "Pieśni o Nibelungach" wiążą swoją historię z tą wyspą na Morzu Bałtyckim. To właśnie Nibelungowie czyli "mieszkańcy krainy mgieł" prawdopodobnie zamieszkiwali niegdyś Bornholm, który ongiś zwany był Burgundarholm, a jego mieszkańcy synami wiatru północnego. Germańskie plemię Burgundów następnie zasiedliło tereny dzisiejszej Burgundii.

Bornholm jest bardzo popularny wśród Polaków pod względem turystycznym. Jest to idealne miejsce dla miłośników rowerownia i leżakowania. Nie przez przypadek Bornholm jest Majorką Północy. Z tego też względu nie będę się za bardzo rozpisywał na temat praktycznych aspektów zwiedzania. Wiele popularnych portali internetowych niejednokrotnie męczyło ten temat. Jako alternatywę do wyskakujących reklam na środku ekranu i krzyczącego wyglądu pstrokatych banerów, zapraszam do lektury moich osobistych refleksji o tym miejscu. Mam nadzieję, że na moim blogu znajdziecie coś dla siebie.

Kartki z podróży - Rønne
Wejście do portu w Rønne.

24 sierpnia 2012

Moja prośba o Wyspy Szczęśliwe

Czas zwalnia. A piasek parzy w stopy. Za dnia szukasz cienia, nocą ciągniesz do baru. Bez wątpienia mają w sobie jakiś magiczny urok - Wyspy Szczęśliwe, które nie istnieją na mapach ani globusach. Trzeba ich poszukać samemu.

Perhentian znaczy "Stop"
Garść batonów na drogę, ręcznik albo sarong, bielizna i kiecka na zmianę, kąpielówki, filtr słoneczny no i oczywiście aparat fotograficzny. I jeszcze ciepły sweter do autobusu, bo zimno jak w chłodni. Po 8h jazdy rejsowym autobusem z Kuala Lumpur do Jerteh przesiadka w taksówkę i jesteśmy w porcie. Do świtu jeszcze co najmniej dwie godziny, więc obsiadamy uśpiony kompleks handlowy na przystani i niecierpliwie spoglądamy na zegarki. W końcu z pobliskiego meczetu dochodzi adhan - wezwanie do pierwszej modlitwy i przystań ożywa. Turyści skryci do tej pory gdzieś po kątach tłoczą się pod zakratowanym wejściem na pomost niczym zombie. Kto pierwszy ten lepszy. W końcu ładujemy się do promu typu speed boat, który chwilę później pruje fale w kierunku położonej 20 km od wybrzeża maleńkiej Pulau Kecil - jednej z grupy wysp Perhentian. Około pół godziny później moje stopy dotykają miękkiego piasku Long Beach. Jestem w raju, tu jest mój "stop". Czas się zatrzymuje, rozciąga, wlecze i przesypuje ziarnko po ziarnku z plażowego piasku.

Long Beach - Pulau Kecil

17 czerwca 2012

Sardynia


Wiosna w Danii nie rozpieszcza słońcem, w tym roku wyjątkowo.  W majowe popołudnia zamiast ogrzewać się w słońcu, błogo dyndając w hamaku, ogrzewamy się pod kocem, z kubkiem gorącej herbaty i wpatrzeni w spływające deszczem szyby odkręcamy kaloryfery. Słońce wygląda z za zasłony chmur tylko przelotnie, jak przelotne bywają wiosenne burze. A nawet jeśli już łaskawie obdarzy nas swym ciepłem, to i tak nie czuć, bo przejmujący wiatr znad fiordu ochłodzi zapały spędzania weekendu z perspektywy siodełka rowerowego czy kajaka. Po prostu wyjątkowo zimny maj!
Całe szczęście, długie weekendy przytrafiają się także w państwie Wikingów. Całe szczęście mieszkamy całkiem blisko małego portu lotniczego obsługującego tanie połączenia z miejscami na kuli ziemskiej, gdzie średnia temperatura powietrza w ciągu roku nie spada poniżej 10 stopni. I tak o to pewnego zimnego skandynawskiego popołudnia, zupełnie spontanicznie i bez planowania kupujemy bilety na Sardynię.
Tydzień później siedzimy upakowani w samolocie, obok blado-różowych płowowłosych Duńczyków, i tak jak oni, liczymy na odrobinę ciepła i słońca, bo podobnie odczuwamy już zmęczenie ciągłym chłodem. Trzy dni gastroturystyki, w tym jeden poświęcony nurkowaniu, i jeden – jak się potem okazało – spędzony z butelką wina w hotelu, z powodu nieustającej ulewy. Wystarczy aby nabrać werwy i zmierzyć się z czekającym egzaminem, albo z większym entuzjazmem zabrać się za służbowe obowiązki.
Prosto z lotniska biegniemy do starej części miasta, które zastajemy zaskakująco puste. Wszyscy bowiem gnieżdżą się w restauracjach położonych wzdłuż wybrzeża, otoczonego solidną fortyfikacją, zamawiają kolejną butelkę lokalnego rose, albo ochoczo wsuwają spaghetti z małżami. Wszyscy też są już mocno smagnięci Słońcem w stopniu graniczącym z poparzeniem 1 stopnia, chociaż u niektórych różowy kolor na twarzy wiąże się raczej z zaawansowanym stadium upojenia alkoholowego. Znaczna część gości mówi w bliżej nieokreślonym języku skandynawskim, niemieckim lub angielskim, a średnia wieku waha się w granicach 50-60. Turystyka kwitnie, chociaż to połowa maja.
Prawdziwie ekscytująca część naszej historii nie wiedzie jednak przez uliczki starego miasta ani zabytkowe katedry. Nie znajdziesz nas rozpłaszczonych na plaży. Zabawa zaczyna się następnego dnia, kiedy poznajemy Marco. Ten 56 letni dziarski facet jest instruktorem nurkowania, a jak się potem okazuje, także człowiekiem renesansu, zaangażowanym w ochronę środowiska przyrodniczego Sardynii, lokalnym patriotą, który ponad wszystko ubóstwia swoją maleńką ojczyznę, działaczem politycznym i kandydatem do rady miasta oraz przyszłym wynalazcą i autorem projektu innowacyjnej łodzi motorowej. Ponadto poszczycić się może dyplomem grafika i bogatą biblioteką nagrań oraz fotografii podwodnej. Nieraz gościł w krajowej telewizji, udzielając wywiadu na temat ginącego koralowca, albo potrzeby ochrony terenów przybrzeżnych.
Marco na początku kręci nosem, pogoda niepewna, woda zimna i mokra, w dodatku mętna. Przymierzamy skafandry, wypełniamy druczki o stanie zdrowia, a następnie oglądamy kilka nagrań podwodnych ze zbioru Marco. Następnego ranka ładujemy się do vana i zmierzamy ku maleńkiej przystani, gdzie czeka na nas łódź. Razem z przyjacielem Marco płyniemy do zatoki otoczonej grotami skalnymi, z czego słynie wybrzeże Sardynii w okolicy Alghero. Cappo Caccia majaczy w oddali a my prujemy morskie fale maleńką ale szybką łodzią. Woda jest faktycznie chłodna a flora i fauna już nie tak egzotyczna, jak w Morzu Adamana. Mimo wszystko Marco dba o to, aby nasze zejście było ekscytujące. Najpierw wpływamy do otwartej groty, aby poczuć przedsmak nurkowania w jaskiniach. Potem pozujemy z rozgwiazdami do zdjęć. Następnie Marco znajduje ośmiornicę i wywabia ją rozkruszając jeżowca, co z kolei przyciąga ryby, będące pożywieniem dla ośmiornicy. Marznę, bo nabrałam wody do skafandra. Z ulgą wypływam na powierzchnię. Pogoda tego dnia jest idealna – zanim wyładujemy łódź i zapakujemy vana, zdążymy się jeszcze nieświadomie opalić. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w punkcie widokowym na Cappo Caccia, który stromymi klifami opada w dół, prosto do morza.
Osobny akapit należałoby poświęcić naszemu instruktorowi, bo jak wspomniałam, jest to postać dosyć barwna. Tradycję nurkowania przejął po swoim ojcu, sam zaczął nurkować jako kilkuletni chłopiec. Teraz prowadzi szkołę nurkowania oraz dokonuje eksploracji przybrzeżnych jaskiń – wiele z nich została nazwana i opisana właśnie przez Marco. Ale nurkowanie to tylko jedna z pasji tego niezwykłego człowieka. Mężczyzna jest też zapalonym fotografem i autorem materiałów filmowych, ukazujących podwodny świat, niedostępny dla przeciętnego człowieka. Bo Marco specjalizuje się w nurkowaniu w jaskiniach. Aktywnie przyczynia się też do ochrony wyjątkowych rejonów zatoki – w szczególności obszarów z wymierającym koralowcem czerwonym. Wielokrotnie udzielał wywiadu w krajowej telewizji poruszając ten ważki problem, który zdaje się nie interesować lokalnych władz. Zawodowo wykonuje też techniczne prace głębokościowe.
Biuro Marco mieści się w piwnicy i przypomina raczej warsztat roztargnionego kartografa – kolekcjonera podwodnych śmieci. Pełno tam map i przedziwnych artefaktów wyłowionych w czasie nurkowania. Kilka komputerów niczym centrum sterowania NASA, oraz porozrzucany w nieładzie sprzęt fotograficzny, czy regał z książkami poświęconymi wynalazcom, albo pudła pełne slajdów sprzed wielu wielu lat – tu pracuje człowiek pełen energii i nowych pomysłów. Spędzamy tam kilka godzin wysłuchując skarg na władze lokalne i bezmyślność ludzką. Bo faktycznie, wyspa wydaje się nieco zaniedbana, a przecież jej głównym dochodem jest turystka, i jeśli sytuacja się nie zmieni, ludzie nie będą mieli powodów aby tam przyjeżdżać.
W drodze powrotnej do domu zastanawiam się czy na 3 dni warto pakować walizkę? Czemu nie? Pizza, chociaż możesz ją zamówić do domu, smakuje inaczej z tarasu restauracji, z widokiem na morze. Łamana angielszczyzna kelnera i śpiewny język wypowiadany z pośpiechem, kiedy podsłuchujesz rozmowę wyspiarzy, zapach jaśminu – to wszystko czyni to małe miasteczko na krańcu Sardynii zupełnie wyjątkowym i tak bardzo innym od rzeczywistości, nawet tej niekoniecznie szarej, a jednak swojskiej, powtarzalnej i przewidywalnej.
P.S. Po powrocie okazuje się, że pogoda w Danii jest o niebo lepsza niż na Sardynii. Upały utrzymują się ponad tydzień. Szokująco ciepłe powietrze owiewa moją twarz kiedy stąpam po płycie małego lotniska w Billund. Cóż, pogoda w tym kraju czasami potrafi pozytywnie zaskoczyć.
Nurkujemy z Marco
Alghero
Cappo Cacia
Alghero
Plaża w Alghero

23 kwietnia 2011

Młode foczki w kostiumach plażowych

Co jakiś czas dochodziły do mnie w Christchurch pogłoski o pewnym tajemniczym miejscu, gdzie niezmierzone wody oceanu gwałtownie się zderzają z drżącym lądem, gdzie ostre skały urwistych brzegów z trudem opierają się spiętrzonym falom. Gdzie czasem, przy odrobinie wytrawołości i szczęścia można zobaczyć młode, smukłe foczki w kostiumach plażowych wylegujące się na spalonych słońcem kamieniach dzikich plaż Półwyspu Kaikoura. Tam to właśnie postanowiłem zostawić odcisk buta, zanim wyjadę.

Tym razem byłem sam. Wyjechałem niestpostrzeżenie z miasta nikomu wcześniej nie dając znać o moich zamiarach. Zabrałem najpotrzebniejsze rzeczy i z pustym żołądkiem ruszyłem w drogę. Po niecałej godzinie jazdy wszelkie oznaki cywilizacji pozostały już tylko za chmurą spalin ze starego samochodu. Zatankowałem na małej stacji gdzieś w samym środku pustkowia i wjechałem na drogę prowadzącą prosto w rysujące się przez mgłę łańcuchy górskie. Kaikoura była po drugiej stronie.

Łukasz Kocewiak - Półwysep Kaikoura

11 marca 2011

Backpackersi w Greymouth

A przepis na backpackersa jest taki: kup używane auto w umiarkowanie dobrym stanie (im okazalszy rupieć, tym lepiej), śpij w nim, jedz w nim, mieszkaj. Podróżuj po całej wyspie, a najlepiej zwiedź obydwie. W markecie wybieraj tylko produkty z przeceny. Obowiązkowo noś klapki, nie czesz włosów, zapuść brodę (jeśli możesz). Omijaj hotele z napisem "Backpackers", bo to zaprzecza ideologii backpackingu. Ewentualnie wynajmij minivana z lat 80' (lub starszy) VW przerobionego na campervana, z wymalowaną w hippisowskie motywy karoserią. Bądź luzakiem, w końcu jesteś obywatelem świata! Oczywiście nie kręcą Cię wycieczki organizowane przez biura podróży, bo to dla mięczaków. Nie planujesz, idziesz na żywioł.

Tak, można powiedzieć, że byliśmy prawie jak backpackersi. "Prawie" - bo nasz wizerunek tylko częściowo się zgadzał z przedstawionym powyżej opisem. Owszem, woziliśmy w aucie wszystkie rzeczy, bo nie wiedzieliśmy wtedy, czy będziemy mogli wrócić do naszego mieszkania. Spaliśmy w aucie tylko raz, bo nie znaleźliśmy ciekawego miejsca na camping. Plaża za Greymouth okazała się kamienista, zupełnie niezgodna z obrazkiem, jaki macie przed oczami myśląc o "plaży". Za rozpaliliśmy ognisko, bo na na miejscu przewalało się mnóstwo wyrzuconego na brzeg drewna. No i na kolację zjedliśmy pieczoną fasolkę z puszki "z promocji" (1,55 dol NZ), podgrzewaną na rozżarzonych węglach i prowizorycznej kuchence zbudowanej z czterech kamieni. Klapek nie nosiliśmy, ale nadrobiliśmy sandałami do skarpet. Nasze buty wciąż były mokre po wyprawie do Cave Stream. Nie mogę powiedzieć też, że to co robiliśmy, było starannie zaplanowane. Po prostu - kupiliśmy atlas samochodowy, a każdy następny postój poprzedzało stwierdzenie - "O! tu może być ciekawie, jedziemy tam". I tak trafiliśmy nad Morze Tasmana.

Fasola w ogniu

Dziwna plaża

14 lutego 2011

W Zatoce Pegaza

Pierwszy weekend na Nowej Zelandii upłynął spokojnie. Stopniowo oswajam się ze zmianą strefy czasowej (tzw. jet lag syndrome). Męczącą podróż odsypiam między wydmami na jednej z miejskich plaż w Zatoce Pegaza. Wybieramy tę najbardziej "dziką", jednocześnie położoną w zasięgu komunikacji miejskiej - South New Brighton.
(Zobacz mapę tutaj: Zatoka Pegaza)