Kartka z Podróży - bo świat jest piękny.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biwak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biwak. Pokaż wszystkie posty

4 stycznia 2015

Powrót do cywilizacji (Pik Lenina 2014, cz. 8)

Ranek wita nas bardzo leniwie. Wszelkie napięcie związane z koniecznością zdobycia szczytu odeszło gdzieś w niepamięć wczoraj wieczorem razem kryształkami topniejącego śniegu w kuchence turystycznej. Teraz już nie ma „trzeba”, „musimy”, itp. Dzisiaj rano nie robię już niczego wbrew sobie. To już nie jest długi i upierdliwy rozruch połączony z bólami głowy, stękaniem i opuchniętą twarzą jak bokser wagi ciężkiej po walce swojego życia, tylko miłe przebudzenie przez rozgrzewające refleksy świetlne promieniejącego słońca odbijające się od okularów lodowcowych podwieszonych pod sufitem namiotu i beztrosko smagające moje spierzchłe policzki. Co za wspaniały dzień?

Teraz już tylko cały czas w dół.

10 grudnia 2014

Wyniszczająca wysokość (Pik Lenina 2014, cz. 6)

Nie zapominajmy, że jesteśmy już dość wysoko i spanie tutaj nie należy do przyjemności. Mówi się, że powyżej 5500m n.p.m. nie ma mowy o długotrwałej egzystencji dla większości ludzi, tam należy przebywać jak najkrócej, ponieważ z dnia na dzień nasz organizm ulega wyniszczeniu. Jeżeli już uda mi się zasnąć, to sen zazwyczaj jest płytki i przerywany. Co jakiś czas budzę się na bezdechu. Przerywany oddech to występowanie nawet kilkunastosekundowych przestojów w oddychaniu, które następują po okresie przyspieszonego oddechu. I tak w kółko i tak bez przerwy.

Ostatnie nabranie powietrza, na lekko, bez zadyszki, przed stromym podejściem do trójki.

26 listopada 2014

Załamanie pogody (Pik Lenina 2014, cz. 5)

Decydujemy się pozostać dwie noce w jedynce. Szczyt wydaje się stąd tak blisko, wystarczy wejść na krechę. Jednakże po dojściu do High Camp 2 wiem, że wejście zajmie trochę dłużej. W jedynce czas głównie mija na bumelowaniu i regeneracji. Da się zauważyć, że coraz więcej niepokornych ludzi chcących poklepać Lenina po łysinie pojawia się w obozie. Sezon dopiero się zaczyna.

Nie ma co tu ukrywać, obniżenie wysokości znacznie poprawiło moje samopoczucie. Wreszcie wszystkie procesy myślowe i fizjologiczne zaczynają poprawnie funkcjonować. Czuję, że odpoczywam, że się regeneruję. Znajduję czas i chęci nawet na prowizoryczną toaletę, jednakże z czasem da się zauważyć, że namiot i wszystkie w nim rzeczy z upływem czasu przechodzą pewną przemianę. W pewien niewytłumaczalny sposób zaczynają żyć własnym życiem jednocześnie wydając przy tym specyficzny i z początku dość dokuczliwy dla nosa zapach. Tak samo jak do wysokości i do tego idzie się powoli przyzwyczaić.

I oto jesteś z powrotem na stałym gruncie, jeżeli tę kupę kamieni ze wszystkich stron smaganą i formowaną przez rozlegle jęzory lodowcowe można tak nazwać.

16 listopada 2014

I w górę, i w dół, i w górę… (Pik Lenina 2014, cz. 4)

Następny dzień rozpoczyna się dla mnie bardzo leniwie. Pomimo głębokiego snu nie czuję się wypoczęty i zupełnie nie mam ochoty wychylać nosa za namiot. Co innego Kuba, on wydaje się bardzo rozpromieniony i przepełniony energią. Jak bardzo chciałbym podzielać jego entuzjazm w tym momencie. Na wszelkie sposoby stara się do mnie przemówić i zachęcić do wyjścia aklimatyzacyjnego. Ja po wczorajszym wysiłku nie nadaję się do jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Chyba też i wysokość zaczyna być dla mnie odczuwalna, bo budzę się z lekkim bólem głowy. Walcząc w myślach ze swoimi słabościami dochodzę jednak do wniosku, że jeszcze muszę trochę wypocząć. To też jest przecież element aklimatyzacji.

Obóz pierwszy jest teraz naszym drugim domem. Basen, toaletka, wikt i opierunek są zapewnione. Nie trudno przyzwyczaić się do nowych standardów życia.

30 października 2014

Cebulowa dieta (Pik Lenina 2014, cz. 2)

To właśnie Sary-Tasz jest pierwszym przyczółkiem cywilizacji po przekroczeniu pasma Gór Ałajskich. Tutaj zaczyna się Kotlina Ałajska (Dolina Ałajska), miejsce jakże inne od tego, co widzieliśmy wcześniej. Czuć w powietrzu, że jesteśmy już dość wysoko i dlatego też roślinny niechętnie tutaj zapuszczają swoje korzenie w głąb suchej i zwietrzałej gleby. Rozpościerający się na wiele kilometrów płaskowyż jest ze wszystkich stron otoczony ponurymi górami z groźnie spękanymi lodowcami.

Obóz główny jest jakby przedsionkiem tego wszystkiego. Dookoła jest zielono, a szumiący w tle górski strumień jest najlepszą muzyką relaksacyjną dla myśli rozstrojonych szumem wielkich siedlisk ludzkich.

28 września 2014

Relacja z wyprawy na Szczyt Lenina - Lenin Peak Project 2014

Jest jeszcze grubo przed świtem, w namiocie panuje mrok, a przeszywające zimne powietrze smaga zmarznięty czubek nosa wystający poza warstwy śpiwora puchowego. Z dala da się słyszeć odgłosy budzika dobiegające jakby z odległych dolin w górach Pamir. Przenikliwy ból głowy i chroniczny brak tlenu na tej wysokości otępiają moje zmysły. Nie ma co biadolić i użalać się nad sobą, dzisiaj wielki dzień, atak szczytowy na Pik Lenina.

Piku Lenina nigdzie ni ma...

21 września 2014

Opis drogi na Pik Lenina

Prace nad obszerną relacją z wyprawy na Szczyt Lenina (rus. Пик Ленина, ang. Lenin Peak) są już w zaawansowanej fazie i niebawem zdjęcia i opis powinny się pojawić na blogu. W międzyczasie postanowiłem wrzucić dość szczegółowy opis drogi, który może okazać się pomocny planującym ekspedycję na jeden z łatwiejszych siedmiotysięczników świata. Dołożyłem wszelkich starań, żeby informacje tutaj zamieszczone były wiarygodne. Jednakże warto mieć na względzie, że z roku na rok warunki na lodowcu oraz położenie obozowisk mogą lekko ulec zmianie. Dlatego proszę ślepo nie ufać zamieszczonym tutaj informacjom i zawsze starać się zweryfikować je z zastanymi warunkami na miejscu.

Zgadnijcie, który z nich to Pik Lenina?

2 lutego 2014

Płonące Klify - Gobi 4x4

Wyobraź sobie miejsce, gdzie natura jest szczególnie nieprzychylna człowiekowi. Gdzie bezkresne pustkowia rozpościerają się aż po horyzont. Gdzie niestrudzony jastrząb wypatruje najmniejszy nawet ruch czujnej piki (Ochotona, gryzoń). Taka właśnie jest pustynia Gobi (mong. Говь, Govi). Jest to mieszanka rozległych stepów z lekko zwiędłą trawą, wysuszonych łańcuchów górskich i masywnych wydm z żółciutkim piaskiem otoczonych zewsząd mokradłami.

Bayanzag - Flaming Cliffs - Płonące Klify
Płonące klify czerwienią się w promieniach zachodzącego słońca.

12 stycznia 2014

Jezioro Bajkał - Niebieskie oko Syberii

Wstęga drogi, na której kiedyś leżał asfalt wije się po horyzont. Pusto. Stepowy krajobraz urozmaicają jedynie stada krów, które czasem migną w oknie rozpędzonego busa. Butelki z piwem Mielnik wciśnięte pod moje siedzenie brzęczą za każdym razem, gdy auto pokonuje nierówności. Mimo to ukołysana i otoczona zewsząd gdzieniegdzie porośniętym lasami pustkowiem zapadam w drzemkę. Na Olchon (ros. Ольхон) docieramy jeszcze przed północą. My i jeszcze trzech młodych Rosjan. I pięć skrzynek piwa, tyle samo oranżady, trochę wódki...

Kolej Transsyberyjska - Jezioro Bajkał - Olchon
Krótki spacer po Olchonie może się ciągnąć w nieskończoność, a niczym niezmącona tafla wody wiedzie aż po horyzont.

10 czerwca 2013

Projekt Islandia 2013

Słowa wstępu

Wcześniej na blogu już trochę się rozpisywałem o wyprawie z Patrycją na Islandię (W kraju lodu i ognia). W tym czasie karaj ten zrobił na mnie niesamowite wrażenie i dlatego już wtedy zrodził się pomysł, który dojrzewał przez lata, o ponownym powrocie. Nie sposób było w tak krótkim czasie zobaczyć całe piękno przyrody i nacieszyć się zjawiskowymi widokami, także ten pierwszy haust islandzkiego powietrza tylko wzmożył apatyt na przygody.

Blog o podróżach - Lodowce Islandii
Bieg po nierównej nawierzchni lodowca od aparatu musiał trwać krócej niż 10 sekund ustawione na samowyzwalaczu.

27 lipca 2012

Lisowczycy - czyli Ukraina w siodle

Na Ukrainę zawiodły mnie moje dwie namiętności: konie i folklor. Świat z perspektywy końskiego grzbietu jest po dwakroć piękniejszy - tak myślę. A widoki zapierają dech w piersiach, kiedy wąskimi ścieżkami pniemy się po zboczach dolin Dniestru, Zbrucza i Seretu. Bielone ściany kontrastują niebieskimi okiennicami. Ludzie pochyleni nad grządkami kabaczków unoszą głowy i pozdrawiają z daleka. Taka jest Ukraina.


1 kwietnia 2011

Na Dzikim Zachodzie

Zaczęło się od dziecięcej ilustracji w starej "Przyjaciółce" i podpis "moje hobby to koń". Potem były westerny oglądane bynajmniej nie dla przystojnych jeźdźców. I jeszcze ulubiona postać kreskówki ze swym wiernym rumakiem Jolly Jumper. Nie wspomnę o setkach kartek zabazgranych wizerunkiem konia. W końcu marzenie się spełniło i zaczęłam jeździć. Gdziekolwiek na świecie jestem, staram się urozmaicić pobyt wycieczką  w siodle. Tym razem było po kowbojsku.

konie


14 marca 2011

Dolina Białej Rzeki

Góry budzą we mnie respekt. Boję się ich i wielbię. Człowiek jest wobec nich taki maleńki, nic nieznaczący. Słyszy się i czyta, że ludzie giną z miłości do nich, albo robią sobie krzywdę włażąc tam, gdzie nie powinni. Bo chodzenie po górach to nie spacer po Łazienkach Królewskich.

Ja ustaliłam barierę - idę dotąd (w m n.p.m. albo forma terenu), dokąd wędrówka/wspinaczka sprawia mi przyjemność. Jeśli natomiast nogi odmawiają posłuszeństwa (trzęsąc się niekoniecznie ze zmęczenia) a oczy unikają patrzenia w dół, oznacza to, że bariera została przekroczona. Tak, mam lęk wysokości i przestrzeni. Nie, moje uwielbienie dla gór tych barier nie pokona. Na szczęście (dla mnie) są takie miejsca gdzie można doświadczyć dzikości gór bez większych wyrzeczeń. Alpy Południowe na Nowej Zelandii są pod tym względem idealne. Nie uświadczysz tu chodnika ułożonego z większych głazów, jak to się spotyka w Tatrach. Owszem, szlaki są gdzieniegdzie lekko przedeptane, co znacznie ułatwia sprawę, zwłaszcza gdy trzeba przetrawersować między wysokimi trawami i krzakami (tzw. bush bashing). Ponadto skały poddawane są bardzo silnej erozji, dzięki czemu łatwiej znaleźć punkt "zaczepienia", z tym że warto uważać, czy ów punkt nie stanie się punktem "odpadnięcia". Najbardziej uciążliwe jest chodzenie po rumowiskach skalnych. Jeśli idzie się zboczem doliny, często mija się żleby usłane drobnymi kamieniami lub większymi głazami, które lubią usuwać się spod nóg.

Trzeba przygotować się na zamoczenie butów lub wyższych partii odzienia, bo standardowym elementem nowozelandzkiego trekkingu jest przekraczanie strumieni i potoków.

Sylvie i Rowan prezentują jak nie należy przechodzić przez strumień

12 marca 2011

Błogostan nad Jeziorem Brunner

Nocleg w samochodzie nie należał do przyjemnych. Zmarzliśmy okrutnie, a fotele wcale nie były wygodniejsze niż mata. Zanim słońce zdążyło wypełznąć zza pagórków i ogrzać plażę, byliśmy już po spacerze. Szybkie śniadanie złożone z ciasteczek i "rozgazowanej" coli, ostatnie spojrzenie za siebie i w drogę - nad Jezioro Brunner.

Gdy podróżuję, nie lubię  się spieszyć. Styl zwiedzania zza szyby autokaru i turystyczna zadyszka to nie dla mnie.  Nic też nie gnało nas do Christchurch, ponieważ najprawdopodobniej w domu nie było wody ani prądu. Możliwość swobodnego zarządzania czasem postanowiliśmy wykorzystać nad Jeziorem Brunner i zostać tam tak długo jak chcemy. Łukasza kusił wznoszący się nad jeziorem pagórek. Ja wiedziałam, że jeśli jezioro, to nie trekking, lecz lenistwo, piknik, książka... jedyn słowem błogostan.


11 marca 2011

Backpackersi w Greymouth

A przepis na backpackersa jest taki: kup używane auto w umiarkowanie dobrym stanie (im okazalszy rupieć, tym lepiej), śpij w nim, jedz w nim, mieszkaj. Podróżuj po całej wyspie, a najlepiej zwiedź obydwie. W markecie wybieraj tylko produkty z przeceny. Obowiązkowo noś klapki, nie czesz włosów, zapuść brodę (jeśli możesz). Omijaj hotele z napisem "Backpackers", bo to zaprzecza ideologii backpackingu. Ewentualnie wynajmij minivana z lat 80' (lub starszy) VW przerobionego na campervana, z wymalowaną w hippisowskie motywy karoserią. Bądź luzakiem, w końcu jesteś obywatelem świata! Oczywiście nie kręcą Cię wycieczki organizowane przez biura podróży, bo to dla mięczaków. Nie planujesz, idziesz na żywioł.

Tak, można powiedzieć, że byliśmy prawie jak backpackersi. "Prawie" - bo nasz wizerunek tylko częściowo się zgadzał z przedstawionym powyżej opisem. Owszem, woziliśmy w aucie wszystkie rzeczy, bo nie wiedzieliśmy wtedy, czy będziemy mogli wrócić do naszego mieszkania. Spaliśmy w aucie tylko raz, bo nie znaleźliśmy ciekawego miejsca na camping. Plaża za Greymouth okazała się kamienista, zupełnie niezgodna z obrazkiem, jaki macie przed oczami myśląc o "plaży". Za rozpaliliśmy ognisko, bo na na miejscu przewalało się mnóstwo wyrzuconego na brzeg drewna. No i na kolację zjedliśmy pieczoną fasolkę z puszki "z promocji" (1,55 dol NZ), podgrzewaną na rozżarzonych węglach i prowizorycznej kuchence zbudowanej z czterech kamieni. Klapek nie nosiliśmy, ale nadrobiliśmy sandałami do skarpet. Nasze buty wciąż były mokre po wyprawie do Cave Stream. Nie mogę powiedzieć też, że to co robiliśmy, było starannie zaplanowane. Po prostu - kupiliśmy atlas samochodowy, a każdy następny postój poprzedzało stwierdzenie - "O! tu może być ciekawie, jedziemy tam". I tak trafiliśmy nad Morze Tasmana.

Fasola w ogniu

Dziwna plaża

21 lutego 2011

Przedsięwzięto ekspedycję

Zielona, dzika, górzysta. Taką Nową Zelandię znam z filmów popularno-naukowych, czy też z publikacji podróżniczych, blogów i portali o podobnej tematyce. I taka jest w istocie. Dzika, ponieważ wytyczanie szlaków turystycznych ograniczono do minimum. Szlaki oznaczone to zazwyczaj ścieżki spacerowe, z pewnymi wyjątkami. Górzysta (piszę o Wyspie Południowej), gdyż wzdłuż zachodniego krańca wyspy rozciąga się łańcuch Alp Południowych, a tereny o wysokości powyżej 200 m n.p.m. stanowią 75% powierzchni. Tym razem to właśnie góry (te wyższe) stały się celem naszej weekendowej wyprawy.


Dolina Waimakariri