Bycie mieszkańcem wioski rybackiej zobowiązuje. Teraz i my, choćby i sporadycznie, musimy wyruszyć w morze. Ładujemy zatem podstawowy ekwipunek turystyczny i wyruszamy w dwudniowy rejs kajakiem po cieśninie. Bezwietrzna pogoda czyni taflę zatoczki Eltang gładką niczym niezmarszczone wody mazurskich jezior. Czarne i posępne kormorany dotrzymują towarzystwa rozkrzyczanym mewom na chronionej wysepce Kidholme. Celem naszej kajakowej wycieczki jest ulubiona plamka lądu, którą na co dzień oglądamy z brzegu plaży - Fæno Kalv. Bo płynie się po to, żeby dopłynąć (-:
Top Menu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morze. Pokaż wszystkie posty
14 czerwca 2014
2 marca 2013
Banan to banan, Budva to Budva
Jest taki kraj, gdzie na przestrzeni dziejów spotkało się wiele kultur. Jedna wystrojona, z twarzą zakrytą maską karnawałową spierała się z kulturą noszącą na głowie misiurkę i dumnie opierającą na ramieniu janczarkę. W czasach wielkich zrywów kultura z czerwoną gwiazdą na czapce i pochodnią w ręku spoiła południowe narody słowiańskie. Jednak nigdy kultura władyków z kłobukiem na głowie nie ustąpiła z tego miejsca. Zapraszam na podróż ze mną po Czarnogórze.
![]() |
| Dziki granat powoli dojrzewa w słońcu a wiatr gości w opuszczonych domostwach. |
19 stycznia 2013
Bornholm - Wyspa synów wiatru północnego
Bohaterowie średniowiecznego germańskiego eposu "Pieśni o
Nibelungach" wiążą swoją historię z tą wyspą na Morzu Bałtyckim. To
właśnie Nibelungowie czyli "mieszkańcy krainy mgieł" prawdopodobnie
zamieszkiwali niegdyś Bornholm, który ongiś zwany był Burgundarholm, a
jego mieszkańcy synami wiatru północnego. Germańskie plemię Burgundów
następnie zasiedliło tereny dzisiejszej Burgundii.
Bornholm jest bardzo popularny wśród Polaków pod względem turystycznym. Jest to idealne miejsce dla miłośników rowerownia i leżakowania. Nie przez przypadek Bornholm jest Majorką Północy. Z tego też względu nie będę się za bardzo rozpisywał na temat praktycznych aspektów zwiedzania. Wiele popularnych portali internetowych niejednokrotnie męczyło ten temat. Jako alternatywę do wyskakujących reklam na środku ekranu i krzyczącego wyglądu pstrokatych banerów, zapraszam do lektury moich osobistych refleksji o tym miejscu. Mam nadzieję, że na moim blogu znajdziecie coś dla siebie.
Bornholm jest bardzo popularny wśród Polaków pod względem turystycznym. Jest to idealne miejsce dla miłośników rowerownia i leżakowania. Nie przez przypadek Bornholm jest Majorką Północy. Z tego też względu nie będę się za bardzo rozpisywał na temat praktycznych aspektów zwiedzania. Wiele popularnych portali internetowych niejednokrotnie męczyło ten temat. Jako alternatywę do wyskakujących reklam na środku ekranu i krzyczącego wyglądu pstrokatych banerów, zapraszam do lektury moich osobistych refleksji o tym miejscu. Mam nadzieję, że na moim blogu znajdziecie coś dla siebie.
![]() |
| Wejście do portu w Rønne. |
4 grudnia 2012
W kraju lodu i ognia
Na powierzchni skuta lodem i owiana zimnym wiatrem znad Morza Arktycznego. Pod powierzchnią niespokojnie bulgocze płynny ogień. Pod wpływem tych nieokiełznanych żywiołów tworzą się różnorodne formy, piękne a zarazem zaskakujące w swoim jestestwie. Z pozoru spokojna to wyspa, lecz co jakiś czas wydobędzie się pomruk z rozgrzanej gardzieli lub zakrztusi się i splunie ogniem by tak uspokoić rozgrzane wnętrzności. Zapraszam ze mną w podróż na daleką północ, na Islandię.
24 sierpnia 2012
Moja prośba o Wyspy Szczęśliwe
Czas zwalnia. A piasek parzy w stopy. Za dnia szukasz cienia, nocą ciągniesz do baru. Bez wątpienia mają w sobie jakiś magiczny urok - Wyspy Szczęśliwe, które nie istnieją na mapach ani globusach. Trzeba ich poszukać samemu.
Perhentian znaczy "Stop"
Garść batonów na drogę, ręcznik albo sarong, bielizna i kiecka na zmianę, kąpielówki, filtr słoneczny no i oczywiście aparat fotograficzny. I jeszcze ciepły sweter do autobusu, bo zimno jak w chłodni. Po 8h jazdy rejsowym autobusem z Kuala Lumpur do Jerteh przesiadka w taksówkę i jesteśmy w porcie. Do świtu jeszcze co najmniej dwie godziny, więc obsiadamy uśpiony kompleks handlowy na przystani i niecierpliwie spoglądamy na zegarki. W końcu z pobliskiego meczetu dochodzi adhan - wezwanie do pierwszej modlitwy i przystań ożywa. Turyści skryci do tej pory gdzieś po kątach tłoczą się pod zakratowanym wejściem na pomost niczym zombie. Kto pierwszy ten lepszy. W końcu ładujemy się do promu typu speed boat, który chwilę później pruje fale w kierunku położonej 20 km od wybrzeża maleńkiej Pulau Kecil - jednej z grupy wysp Perhentian. Około pół godziny później moje stopy dotykają miękkiego piasku Long Beach. Jestem w raju, tu jest mój "stop". Czas się zatrzymuje, rozciąga, wlecze i przesypuje ziarnko po ziarnku z plażowego piasku.
Perhentian znaczy "Stop"
Garść batonów na drogę, ręcznik albo sarong, bielizna i kiecka na zmianę, kąpielówki, filtr słoneczny no i oczywiście aparat fotograficzny. I jeszcze ciepły sweter do autobusu, bo zimno jak w chłodni. Po 8h jazdy rejsowym autobusem z Kuala Lumpur do Jerteh przesiadka w taksówkę i jesteśmy w porcie. Do świtu jeszcze co najmniej dwie godziny, więc obsiadamy uśpiony kompleks handlowy na przystani i niecierpliwie spoglądamy na zegarki. W końcu z pobliskiego meczetu dochodzi adhan - wezwanie do pierwszej modlitwy i przystań ożywa. Turyści skryci do tej pory gdzieś po kątach tłoczą się pod zakratowanym wejściem na pomost niczym zombie. Kto pierwszy ten lepszy. W końcu ładujemy się do promu typu speed boat, który chwilę później pruje fale w kierunku położonej 20 km od wybrzeża maleńkiej Pulau Kecil - jednej z grupy wysp Perhentian. Około pół godziny później moje stopy dotykają miękkiego piasku Long Beach. Jestem w raju, tu jest mój "stop". Czas się zatrzymuje, rozciąga, wlecze i przesypuje ziarnko po ziarnku z plażowego piasku.
![]() |
| Long Beach - Pulau Kecil |
Etykiety:
Malezja
,
morze
,
nurkowanie
,
Perhentian
,
plaża
,
Pulau Kecil
,
relacje
,
Tioman
,
wyspa
17 czerwca 2012
Sardynia
Wiosna w Danii nie rozpieszcza słońcem, w tym roku wyjątkowo. W majowe popołudnia zamiast ogrzewać się w słońcu, błogo dyndając w hamaku, ogrzewamy się pod kocem, z kubkiem gorącej herbaty i wpatrzeni w spływające deszczem szyby odkręcamy kaloryfery. Słońce wygląda z za zasłony chmur tylko przelotnie, jak przelotne bywają wiosenne burze. A nawet jeśli już łaskawie obdarzy nas swym ciepłem, to i tak nie czuć, bo przejmujący wiatr znad fiordu ochłodzi zapały spędzania weekendu z perspektywy siodełka rowerowego czy kajaka. Po prostu wyjątkowo zimny maj!
Całe szczęście, długie weekendy przytrafiają się także w państwie Wikingów. Całe szczęście mieszkamy całkiem blisko małego portu lotniczego obsługującego tanie połączenia z miejscami na kuli ziemskiej, gdzie średnia temperatura powietrza w ciągu roku nie spada poniżej 10 stopni. I tak o to pewnego zimnego skandynawskiego popołudnia, zupełnie spontanicznie i bez planowania kupujemy bilety na Sardynię.
Tydzień później siedzimy upakowani w samolocie, obok blado-różowych płowowłosych Duńczyków, i tak jak oni, liczymy na odrobinę ciepła i słońca, bo podobnie odczuwamy już zmęczenie ciągłym chłodem. Trzy dni gastroturystyki, w tym jeden poświęcony nurkowaniu, i jeden – jak się potem okazało – spędzony z butelką wina w hotelu, z powodu nieustającej ulewy. Wystarczy aby nabrać werwy i zmierzyć się z czekającym egzaminem, albo z większym entuzjazmem zabrać się za służbowe obowiązki.
Prosto z lotniska biegniemy do starej części miasta, które zastajemy zaskakująco puste. Wszyscy bowiem gnieżdżą się w restauracjach położonych wzdłuż wybrzeża, otoczonego solidną fortyfikacją, zamawiają kolejną butelkę lokalnego rose, albo ochoczo wsuwają spaghetti z małżami. Wszyscy też są już mocno smagnięci Słońcem w stopniu graniczącym z poparzeniem 1 stopnia, chociaż u niektórych różowy kolor na twarzy wiąże się raczej z zaawansowanym stadium upojenia alkoholowego. Znaczna część gości mówi w bliżej nieokreślonym języku skandynawskim, niemieckim lub angielskim, a średnia wieku waha się w granicach 50-60. Turystyka kwitnie, chociaż to połowa maja.
Prawdziwie ekscytująca część naszej historii nie wiedzie jednak przez uliczki starego miasta ani zabytkowe katedry. Nie znajdziesz nas rozpłaszczonych na plaży. Zabawa zaczyna się następnego dnia, kiedy poznajemy Marco. Ten 56 letni dziarski facet jest instruktorem nurkowania, a jak się potem okazuje, także człowiekiem renesansu, zaangażowanym w ochronę środowiska przyrodniczego Sardynii, lokalnym patriotą, który ponad wszystko ubóstwia swoją maleńką ojczyznę, działaczem politycznym i kandydatem do rady miasta oraz przyszłym wynalazcą i autorem projektu innowacyjnej łodzi motorowej. Ponadto poszczycić się może dyplomem grafika i bogatą biblioteką nagrań oraz fotografii podwodnej. Nieraz gościł w krajowej telewizji, udzielając wywiadu na temat ginącego koralowca, albo potrzeby ochrony terenów przybrzeżnych.
Marco na początku kręci nosem, pogoda niepewna, woda zimna i mokra, w dodatku mętna. Przymierzamy skafandry, wypełniamy druczki o stanie zdrowia, a następnie oglądamy kilka nagrań podwodnych ze zbioru Marco. Następnego ranka ładujemy się do vana i zmierzamy ku maleńkiej przystani, gdzie czeka na nas łódź. Razem z przyjacielem Marco płyniemy do zatoki otoczonej grotami skalnymi, z czego słynie wybrzeże Sardynii w okolicy Alghero. Cappo Caccia majaczy w oddali a my prujemy morskie fale maleńką ale szybką łodzią. Woda jest faktycznie chłodna a flora i fauna już nie tak egzotyczna, jak w Morzu Adamana. Mimo wszystko Marco dba o to, aby nasze zejście było ekscytujące. Najpierw wpływamy do otwartej groty, aby poczuć przedsmak nurkowania w jaskiniach. Potem pozujemy z rozgwiazdami do zdjęć. Następnie Marco znajduje ośmiornicę i wywabia ją rozkruszając jeżowca, co z kolei przyciąga ryby, będące pożywieniem dla ośmiornicy. Marznę, bo nabrałam wody do skafandra. Z ulgą wypływam na powierzchnię. Pogoda tego dnia jest idealna – zanim wyładujemy łódź i zapakujemy vana, zdążymy się jeszcze nieświadomie opalić. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w punkcie widokowym na Cappo Caccia, który stromymi klifami opada w dół, prosto do morza.
Osobny akapit należałoby poświęcić naszemu instruktorowi, bo jak wspomniałam, jest to postać dosyć barwna. Tradycję nurkowania przejął po swoim ojcu, sam zaczął nurkować jako kilkuletni chłopiec. Teraz prowadzi szkołę nurkowania oraz dokonuje eksploracji przybrzeżnych jaskiń – wiele z nich została nazwana i opisana właśnie przez Marco. Ale nurkowanie to tylko jedna z pasji tego niezwykłego człowieka. Mężczyzna jest też zapalonym fotografem i autorem materiałów filmowych, ukazujących podwodny świat, niedostępny dla przeciętnego człowieka. Bo Marco specjalizuje się w nurkowaniu w jaskiniach. Aktywnie przyczynia się też do ochrony wyjątkowych rejonów zatoki – w szczególności obszarów z wymierającym koralowcem czerwonym. Wielokrotnie udzielał wywiadu w krajowej telewizji poruszając ten ważki problem, który zdaje się nie interesować lokalnych władz. Zawodowo wykonuje też techniczne prace głębokościowe.
Biuro Marco mieści się w piwnicy i przypomina raczej warsztat roztargnionego kartografa – kolekcjonera podwodnych śmieci. Pełno tam map i przedziwnych artefaktów wyłowionych w czasie nurkowania. Kilka komputerów niczym centrum sterowania NASA, oraz porozrzucany w nieładzie sprzęt fotograficzny, czy regał z książkami poświęconymi wynalazcom, albo pudła pełne slajdów sprzed wielu wielu lat – tu pracuje człowiek pełen energii i nowych pomysłów. Spędzamy tam kilka godzin wysłuchując skarg na władze lokalne i bezmyślność ludzką. Bo faktycznie, wyspa wydaje się nieco zaniedbana, a przecież jej głównym dochodem jest turystka, i jeśli sytuacja się nie zmieni, ludzie nie będą mieli powodów aby tam przyjeżdżać.
W drodze powrotnej do domu zastanawiam się czy na 3 dni warto pakować walizkę? Czemu nie? Pizza, chociaż możesz ją zamówić do domu, smakuje inaczej z tarasu restauracji, z widokiem na morze. Łamana angielszczyzna kelnera i śpiewny język wypowiadany z pośpiechem, kiedy podsłuchujesz rozmowę wyspiarzy, zapach jaśminu – to wszystko czyni to małe miasteczko na krańcu Sardynii zupełnie wyjątkowym i tak bardzo innym od rzeczywistości, nawet tej niekoniecznie szarej, a jednak swojskiej, powtarzalnej i przewidywalnej.
P.S. Po powrocie okazuje się, że pogoda w Danii jest o niebo lepsza niż na Sardynii. Upały utrzymują się ponad tydzień. Szokująco ciepłe powietrze owiewa moją twarz kiedy stąpam po płycie małego lotniska w Billund. Cóż, pogoda w tym kraju czasami potrafi pozytywnie zaskoczyć.
![]() |
| Nurkujemy z Marco |
![]() |
| Alghero |
![]() |
| Cappo Cacia |
![]() |
| Alghero |
![]() |
| Plaża w Alghero |
16 października 2011
Skærbæk - mały azyl na prochach Wikingów
Powiedz mi co wiesz o miejscu, gdzie dorastałeś/aś. Znasz jego topografię na wskroś. Wiesz co nie co o historii, zwłaszcza jeśli nauczyciel tego przedmiotu w podstawówce przypomina Ci o tym na lekcji. Albo jak wyprowadzasz psa na spacer i mijasz pamiątkową płytę z inskrypcją. Daty wydłubane w granicie, znicze zapalane przez sąsiadkę, wspomnienia dziadków.
Moje dwie lokalne ojczyzny - Wawer i Grochów zioną historią z każdego kamienia. I nagle uświadomiłam sobie, że o moim "nowym domu" nie wiem praktycznie nic, oprócz tego, co mogę wydedukować rozglądając się po okolicy.
Dawno, dawno temu...
Et godt sted at bo - miejsce dobre do mieszkania, czytam...Skaerbaek to miejscowość licząca lekko ponad 2 tys mieszkańców. Tutaj także pielęgnuje się pamięć o dawnych czasach. Najwidoczniej ludzie lubią myśleć że ich domy wyrastają na ziemiach, po których wieki temu biegali rogaci Wikingowie i toporami wyznaczali granice swych osad. Kto przeżywał wycieczkę na Ostrów Tumski albo z zachwytem chłonął legendy o założycielach Państwa Polan, ten zrozumie. Później, gdzieś w wieku oświeconym pojawia się hrabia/król/szlachcic/książę, który stawia imponujący zamek fortecę i przyczynia się do rozwoju okolicy, za co zyskuje przydomek "budowniczy". Wszelkie zabiegi tego typu to jednak tylko przykrywka dla ekspansywnej polityki, bo apetyt na podboje sąsiednich terenów - w tym przypadku potężnej wyspy Fioni (dun. Fyn) - ma każdy, kto posiada przynajmniej cztery imiona i tytuł. Tej całej historii trzeba dodać jeszcze szczyptę dramatyzmu i wspomnieć o złym najeźdźcy - "wszędobylskich, agresywnych i niszczycielskich" Szwedach. Tak pokrótce należy przedstawić dzieje miasteczka, które w ubiegłym stuleciu przeszła ogromną transformację i na tym chcę się skupić.
Moje dwie lokalne ojczyzny - Wawer i Grochów zioną historią z każdego kamienia. I nagle uświadomiłam sobie, że o moim "nowym domu" nie wiem praktycznie nic, oprócz tego, co mogę wydedukować rozglądając się po okolicy.
Dawno, dawno temu...
Et godt sted at bo - miejsce dobre do mieszkania, czytam...Skaerbaek to miejscowość licząca lekko ponad 2 tys mieszkańców. Tutaj także pielęgnuje się pamięć o dawnych czasach. Najwidoczniej ludzie lubią myśleć że ich domy wyrastają na ziemiach, po których wieki temu biegali rogaci Wikingowie i toporami wyznaczali granice swych osad. Kto przeżywał wycieczkę na Ostrów Tumski albo z zachwytem chłonął legendy o założycielach Państwa Polan, ten zrozumie. Później, gdzieś w wieku oświeconym pojawia się hrabia/król/szlachcic/książę, który stawia imponujący zamek fortecę i przyczynia się do rozwoju okolicy, za co zyskuje przydomek "budowniczy". Wszelkie zabiegi tego typu to jednak tylko przykrywka dla ekspansywnej polityki, bo apetyt na podboje sąsiednich terenów - w tym przypadku potężnej wyspy Fioni (dun. Fyn) - ma każdy, kto posiada przynajmniej cztery imiona i tytuł. Tej całej historii trzeba dodać jeszcze szczyptę dramatyzmu i wspomnieć o złym najeźdźcy - "wszędobylskich, agresywnych i niszczycielskich" Szwedach. Tak pokrótce należy przedstawić dzieje miasteczka, które w ubiegłym stuleciu przeszła ogromną transformację i na tym chcę się skupić.
![]() |
| Skærbæk Havn |
11 września 2011
Wiatraki i frytki
Brightlingsea to jedno z wielu zapomnianych miejsc, gdzie większość mieszkańców prawie dorównuje wiekiem posępnym romańskim kościołom. To miejsce, gdzie po raz pierwszy zobaczyłem znak drogowy ostrzegający przed przechadzającymi się tu i ówdzie starszymi ludźmi. Co powoduje, że to jedno w wielu miasteczek portowych we wschodnim Essex zasługuje na szczególną uwagę? Nie tak zupełnie dawno temu w okolicy Harwich powstała koncepcja budowy farmy wiatrowej na wodzie. Projekt został zrealizowany przez duńską firmę DONG Energy, a już dziś produkująca energię elektryczną farma wiatrowa nazywa się Gunfleet Sands. Taki wielkoskalowy projekt ożywił lekko gospodarkę tego regionu. Nowe miejsca pracy przyczyniły się do napływu młodych ludzi do Brightlingsea, gdzie mieści się biuro i serwis farmy Gunfleet Sands Offshore Wind Farm.
Miasteczko jest popularne, między innymi, ze starej i zabytkowej architektury. Większość budynków pamięta jeszcze przedwojenne czasy. Rysy na najmniejszej nawet cegle, jak linie na dłoni, są w stanie opowiedzieć nam historię tego miejsca. Jak to przystało na prawdziwe miasteczko portowe, większość ludzi tu mieszkających jest związana z morzem. Ktoś z rodziny jest rybakiem, skipperem na statku, czy też pracuje w obsłudze portowej. Kto jeszcze nie wie, że praca na morzu jest okrutnie ciężka i nie dla każdego, niech przyjedzie tutaj i przekona się na własnej skórze.
Miasteczko jest popularne, między innymi, ze starej i zabytkowej architektury. Większość budynków pamięta jeszcze przedwojenne czasy. Rysy na najmniejszej nawet cegle, jak linie na dłoni, są w stanie opowiedzieć nam historię tego miejsca. Jak to przystało na prawdziwe miasteczko portowe, większość ludzi tu mieszkających jest związana z morzem. Ktoś z rodziny jest rybakiem, skipperem na statku, czy też pracuje w obsłudze portowej. Kto jeszcze nie wie, że praca na morzu jest okrutnie ciężka i nie dla każdego, niech przyjedzie tutaj i przekona się na własnej skórze.
5 września 2011
Płynie się po to, żeby płynąć
W tańcu chodzi o to, by czerpać radość z każdego kroku na parkiecie, a nie przemierzać go wzdłuż i wszerz. Kiedy wiosłujesz, jest podobnie - radość sprawia Ci każde zanurzenie pióra, słońce przyjemnie ogrzewa twarz, mewy leniwie tkwią na pomostach, ktoś pozdrawia Cię z żaglówki. Jest też cel, kawałek lądu, który majaczy gdzieś w oddali oraz odległość mierzona w kilometrach oraz sile rąk.
Bywa tak, że często nie jesteśmy świadomi jak wiele niezwykłych rzeczy można zrobić we własnej okolicy. Naprawdę nie potrzeba wyjeżdżać na drugi koniec świata, żeby ciekawie i aktywnie spędzić czas. Byłoby zatem głupotą nie wykorzystać faktu, że mieszkamy nad morzem, które do wczorajszej niedzieli było tylko spowszedniałym elementem krajobrazu.
Bywa tak, że często nie jesteśmy świadomi jak wiele niezwykłych rzeczy można zrobić we własnej okolicy. Naprawdę nie potrzeba wyjeżdżać na drugi koniec świata, żeby ciekawie i aktywnie spędzić czas. Byłoby zatem głupotą nie wykorzystać faktu, że mieszkamy nad morzem, które do wczorajszej niedzieli było tylko spowszedniałym elementem krajobrazu.
![]() |
| "nowy" most na Lille Bælt |
23 kwietnia 2011
Młode foczki w kostiumach plażowych
Co jakiś czas dochodziły do mnie w Christchurch pogłoski o pewnym tajemniczym miejscu, gdzie niezmierzone wody oceanu gwałtownie się zderzają z drżącym lądem, gdzie ostre skały urwistych brzegów z trudem opierają się spiętrzonym falom. Gdzie czasem, przy odrobinie wytrawołości i szczęścia można zobaczyć młode, smukłe foczki w kostiumach plażowych wylegujące się na spalonych słońcem kamieniach dzikich plaż Półwyspu Kaikoura. Tam to właśnie postanowiłem zostawić odcisk buta, zanim wyjadę.
Tym razem byłem sam. Wyjechałem niestpostrzeżenie z miasta nikomu wcześniej nie dając znać o moich zamiarach. Zabrałem najpotrzebniejsze rzeczy i z pustym żołądkiem ruszyłem w drogę. Po niecałej godzinie jazdy wszelkie oznaki cywilizacji pozostały już tylko za chmurą spalin ze starego samochodu. Zatankowałem na małej stacji gdzieś w samym środku pustkowia i wjechałem na drogę prowadzącą prosto w rysujące się przez mgłę łańcuchy górskie. Kaikoura była po drugiej stronie.
Tym razem byłem sam. Wyjechałem niestpostrzeżenie z miasta nikomu wcześniej nie dając znać o moich zamiarach. Zabrałem najpotrzebniejsze rzeczy i z pustym żołądkiem ruszyłem w drogę. Po niecałej godzinie jazdy wszelkie oznaki cywilizacji pozostały już tylko za chmurą spalin ze starego samochodu. Zatankowałem na małej stacji gdzieś w samym środku pustkowia i wjechałem na drogę prowadzącą prosto w rysujące się przez mgłę łańcuchy górskie. Kaikoura była po drugiej stronie.
16 marca 2011
Kajakiem przez Akaroa
![]() |
| Wrota Pacyfiku |
"Akaroa" w języku maoryskim oznacza "długą przystań". W istocie miasteczko Akaroa położone jest nad wydłużoną i wąską zatoką o tej samej nazwie. Akaroa to osada trzech narodów - Brytyjczyków, Francuzów i Niemców. Ślady francuskiego osadnictwa obecne są do dzisiaj, np. w nazewnictwie ulic. Niegdyś przybywali tu wielorybnicy i łowcy fok, potem stopniowo osiedlali się farmerzy. Dzisiaj miasteczko stopniowo się wyludnia i tylko w okresie letnim liczba ludności wzrasta ponad 10-krotnie. Urok i klimat miejsca, gdzie zatrzymał się czas utrzymują dobrze zachowane budynki, zarówno użyteczności publicznej jak i wille.
14 lutego 2011
W Zatoce Pegaza
Pierwszy weekend na Nowej Zelandii upłynął spokojnie. Stopniowo oswajam się ze zmianą strefy czasowej (tzw. jet lag syndrome). Męczącą podróż odsypiam między wydmami na jednej z miejskich plaż w Zatoce Pegaza. Wybieramy tę najbardziej "dziką", jednocześnie położoną w zasięgu komunikacji miejskiej - South New Brighton.
(Zobacz mapę tutaj: Zatoka Pegaza)
(Zobacz mapę tutaj: Zatoka Pegaza)
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)















